Legendarni i Tragiczni. Eseje o polskich poetach przeklętych

EbookPDF

O poetach przeklętych Mówiąc o poetach przeklętych warto może pamiętać o tym, co napisał Jean Paul Sartre w rozprawie Egzystencjalizm jest humanizmem: Człowiek jest posiadaczem natury ludzkiej. Tę ludzką naturę, która jest koncepcją człowieka, odnajdujemy u wszystkich ludzi, co znaczy, że każdy…

49,99 Cena okładkowa: 70,00  −29%

W bibliotece do 30 minut od opłacenia Bez ograniczeń, znak wodny — jak to działa?

Kup w zestawie taniej

Zaznacz, które tytuły chcesz — rabat zestawu −15% nalicza się przy zakupie min. 2 pozycji.

O poetach przeklętych

Mówiąc o poetach przeklętych warto może pamiętać o tym, co napisał Jean Paul Sartre
w rozprawie Egzystencjalizm jest humanizmem:
Człowiek jest posiadaczem natury ludzkiej. Tę ludzką naturę, która jest koncepcją człowieka, odnajdujemy u wszystkich ludzi, co znaczy, że każdy człowiek jest poszczególnym przykładem pojęcia ogólnego: człowiek. (…) Człowieka w pojęciu egzystencjalisty nie można zdefiniować dlatego, że jest on pierwotnie niczym. Będzie on czymś dopiero później, i to będzie takim, jakim się sam uczyni. A więc nie ma natury ludzkiej, ponieważ nie ma Boga, który by ją w umyśle swym począł. Człowiek jest poza tym nie tylko taki, jakim siebie pojmuje, lecz również taki, jakim chce być, jakim się pojął po zaistnieniu i jakim zapragnął być po tym skoku w istnienie. Człowiek jest tylko tym, czym siebie uczyni. (…) Człowiek jest przede wszystkim projektem przeżywanym subiektywnie, miast być pianą, pleśnią czy kalafiorem. Przed tym projektem nic nie istnieje uprzednio, nic nie istnieje innego w sferze poznawalności. Człowiek przede wszystkim będzie tym, co stanowi realizację jego woli. Nie tym jednakże, czym pragnąłby być. Gdyż to, co rozumiemy zwykle przez wolę, to jest już decyzja świadoma, która dla większości z nas następuje później od tego, co powstało samorzutnie jako pragnienie.
Stary to paradoks, że uczucia, które się gra, i uczucia, które się przeżywa, są to sfery prawie nie do rozróżnienia. Bo przecież uczucia budujemy przez czyny.

Pisze Sartre:
Doktryna (egzystencjalizm — J.M.), którą wam przedstawiam, zdecydowanie neguje kwietyzm, ponieważ głosi: nie ma innej rzeczywistości jak tylko działanie. Idzie ona zresztą jeszcze dalej, ponieważ dodaje: człowiek jest tylko i wyłącznie projekcją, istnieje tylko o tyle, o ile realizuje siebie, jest tylko zespołem swoich czynów, jest tylko swoim własnym życiem. Po tym, co się powiedziało, możemy zrozumieć, dlaczego nasza doktryna tak przeraża pewną ilość ludzi. Często bowiem mają oni tylko jeden sposób, aby znieść swoją nędzę, a jest nim myśl: okoliczności mi nie sprzyjały, wart jestem dużo więcej od tego, czym byłem. Nie przeżyłem wielkiej miłości ani wielkiej przyjaźni, ale tylko dlatego, że nie napotkałem kobiety albo mężczyzny, którzy byliby tego godni. Nie napisałem dobrych książek, ale tylko dlatego, że nie miałem na to wolnego czasu. Nie miałem dzieci, którym mógłbym się poświęcić, ale tylko dlatego, że nie znalazłem człowieka, z którym mógłbym związać swe życie. Pozostała więc we mnie masa skłonności, dyspozycji, możliwości nie wyzyskanych, a całkowicie żywotnych, które mi nadają wartość znacznie większą niż ta, która wynika po prostu z moich czynów. Otóż dla egzystencjalisty istnieje tylko taka miłość, która się realizuje, tylko taka możliwość miłości, która się uzewnętrznia. Nie ma geniuszu poza tym, który wyraża się w dziełach sztuki: geniusz Prousta jest to całość dzieł Prousta, geniusz Racine’a jest to cykl jego tragedii. (…) Jednakże kiedy mówimy: jesteś tylko tym, czym jest twoje własne życie, to z tego nie wynika, że artysta np. będzie sądzony wyłącznie według swych dzieł. Tysiąc innych rzeczy przyczyni się również do jego określenia. Chcemy tu powiedzieć, że człowiek jest wyłącznie serią przedsięwzięć, że jest ich sumą, organizacją, zespołem związków, które tworzą te przedsięwzięcia.
Mówiąc prościej, a wiec z konieczności również trywializując myśl filozofa, przeznaczenie człowieka zawarte jest w nim samym. Człowieka nic nie uchroni od niego samego.
W biografiach poetów często spotykamy strefy ciemności lub w najlepszym razie mroku, których nie są w stanie rozjaśnić do końca nawet skrupulatne badania. Tam gdzie nie staje wiarygodnych świadectw w postaci korespondencji, dokumentów, przekazów ustnych, pamiętników, dzienników, niezwykle trudno wywołać dawne klisze. Nie tylko zresztą dawne. Bo przecież w każdym poecie istnieją suwerenne strefy ciszy, do których nie dopuszcza on nawet najbliższych na odległość mniejszą niż intuicja, przeczucie. Wywoływaczem psychologicznym
z braku materialnego, pozwalającym rozjaśnić te strefy mroku i zaludnić strefy ciszy, byłaby zatem wyobraźnia czytelnika, krytyka, historyka literatury.
Nie jest to sprawa łatwa. Poeci często zacierają za sobą ślady skierowując czytelnika na błędny trop. Próba rekonstrukcji prawdy przez trawestację i weryfikację tych tropów wydaje się zajęciem tyleż karkołomnym, co daremnym. Tyczy to również świadectw krewnych, przyjaciół. Trzeba je traktować ostrożnie, nieufnie i sceptycznie. Podobnie jak dokumenty autentyczne. Listy, notatki, zapiski, pamiętniki samych poetów rzadko pozwalają rozjaśnić ów mrok bardziej, niż tylko pełgającym płomykiem prawdopodobieństwa. Bo poeta bardziej niż inny artysta — malarz, muzyk — wykreowuje swą biografię. Mitomania poetów i pisarzy jest przysłowiowa. Swoją biografię traktują jak temat literacki. I często to, co skłonni bylibyśmy traktować jako autentyczne, ma ledwie cień wiarygodności, gdyż transpozycja faktu jest mniej jego opisem, niż interpretacją i mitem.
Bywa, że człowiek popełni jakiś czyn, który w jego oczach jest wydarzeniem burzącym spokój na całe życie i naznaczającym myśli stygmatem nienawiści i rozpaczy. I ta świadomość własnej niepełnowartościowości etycznej staje się obsesją prowadzącą do poczucia nicości moralnej.
A stąd już tylko krok do samobójstwa. Poeta sam zastawia na siebie sidła zrodzone we własnej wyobraźni. Błędne koło. Artysta zamyka się we własnym niepowodzeniu, we własnym poczuciu winy. Projekcja tej winy paraliżuje wolę, prowadzi do obłędu, dramatu bliskich i wreszcie śmierci jako kulminacji manii prześladowczej, której symptomy są zrazu niedostrzegalne dla otoczenia.
Pod wpływem psychoanalizy uczeni zajmujący się samobójstwami zwrócili uwagę na inklinacje samodestrukcyjne, przejawiające się w różnych zachowaniach nie prowadzących do samobójstwa. Można je określić obrazowym terminem: człowiek przeciwko samemu sobie; i wywieść z drzemiącego w podświadomości instynktu śmierci. Istnieją niewątpliwie ludzie o osobowości samobójczej, którzy miewają myśli samobójcze, a także podejmują działania autodestrukcyjne, bądź nie zagrażające życiu w postaci rozmaitych samookaleczeń, o których wiele mogliby powiedzieć lekarze pogotowia, bądź też będące próbami samobójczymi sensu stricto, podejmowanymi nie z pełną determinacją zadania sobie śmierci, ale jedynie z przewidywaniem możliwości zgonu. Mają one często charakter wołania o pomoc.
Po śmierci rekonstrukcja wszystkich zamiarów, pragnień, dążeń, które zrodziły się w psychice samobójcy, jest prawie niewykonalna. Takie działanie bowiem nosi wszelkie cechy dorabiania ex post motywówi przyczyn gestu definitywnego.
Życie jest, zgodnie z przenikliwą i lapidarną formułą Heideggera, bytem ku śmierci, a mówiąc zwyczajnie: życie jest umieraniem. Każdy swoim postępowaniem zwalnia lub przyspiesza owo umieranie. I dlatego można mówić o wkładzie biograficznym człowieka w śmierć.
Są natury, u których autodestrukcja nigdy nie przekroczy progu samobójczego. Ludzie ci pozwolą innym, aby ich zhańbili, zdeptali, zniszczyli psychicznie i fizycznie, ale sami nie targną się na życie, aby położyć kres tym cierpieniom. Była to — i jest nadal — postawa częsta u chrześcijan. Można bowiem w takiej postawie pokory wobec niezawinionego cierpienia dostrzec wpływ ewangelicznej zasady nadstawianią drugiego policzka. Poza tym u chrześcijan dochodzi jeszcze jeden ważny element powstrzymujący przed samozniszczeniem, tj. samobójstwem — grzech.
A co o tym sądzili filozofowie?
Arystoteles nie pochwalał samobójstwa. Pisał o nim:
(…) jeśli jest ucieczką przed ubóstwem, miłością lub jakimś zmartwieniem, nie dowodzi męstwa, lecz raczej tchórzostwa; słabością bowiem jest ucieczka przed trudnościami i śmierć wybiera tu człowiek nie dlatego, że jest moralnie piękna, lecz dla uniknięcia niedoli.
Natomiast Platon był bardziej tolerancyjny:
Gdy taka grzeszna myśl cię opęta, pamiętaj o obrzędach oczyszczalnych i do nich uciekaj się jak najprędzej, śpiesz do świątyń i błagaj bogów, ażeby raczyli odwrócić od ciebie to nieszczęście, szukaj zetknięcia z tymi, którzy cieszą się sławą zacnych mężów, słuchaj, co mówią, i sam staraj się z całym przekonaniem przytwierdzać im, że każdy czcić musi to, co jest szlachetne i sprawiedliwe, od złych zaś umykaj i nie obejrzyj się za nimi ani razu. Może zelżeje wtedy nasilenie twej choroby, jeżeli nie, uznaj, że śmierć jest lepsza i skończ ze swym życiem.
Seneka zaś widział w prawie człowieka do własnego życia nieoszacowane pożytki, pisał bowiem:
Miałbym czekać bezlitosnych mąk, zadawanych przez chorobę lub przez człowieka, skoro mogę uniknąć katuszy oraz rozproszyć przeciwności? Jest to jedyna rzecz, ze względu na którą nie możemy się uskarżać na życie: nikogo ono nie zatrzymuje przy sobie.
Bliski był tedy poglądom dzisiejszych zwolenników eutanazji. Legalizacja eutanazji w tym przypadku byłaby aktem humanitarnym. Spełnienie prośby o śmierć jest nie tylko wyzwoleniem od cierpień, ale także wolnością w sensie heideggerowskim. Posłuchajmy, co mówił o samobójstwie uwalniającym od cierpień cytowany już Seneka, retor i filozof, wychowawca Nerona, sam zresztą zmuszony do popełnienia samobójstwa za udział w spisku Pizona:
Dla kogo życie jest męką, komu choroba sprawia cierpienie, temu wolno jest skończyć ze sobą, zarazem ze swym cierpieniem (…). Dlaczego jęczysz, szalony człowiecze? I na co czekasz? (…) Oto w którąkolwiek rozejrzysz się stronę, tam wszędzie jest kres wszelkiego nieszczęścia. Czy widzisz tamtą urwistą górę? Z niej zstępuje się do wolności. Widzisz tamto hen, morze, tamtą rzekę i tamtą studnię? Tam na dnie mieszka wolność. Widzisz tę gałąź niską (…) z niej zwisa wolność. Widzisz swą szyję, gardło, swe serce? To są miejsca ucieczki z niewoli…

Zaś Marek Aureliusz, filozof na tronie, w Rozmyślaniach pisał w tym względzie:
(…) rozstań się z życiem bez gniewu, owszem pełen prostoty, swobodyi skromności, jeden tylko czyn w życiu doprowadziwszy do skutku, ten mianowicie, że odszedłeś…
Współcześni świeccy moraliści mówią coraz częściej o tym, że samobójstwo należy do elementarnych wolności człowieka, zwłaszcza wtedy, gdy życie stało się pasmem cierpień. Samobójstwo jest według niektórych wyrazem prawa do prywatności. Na zachodzie aktywizuje się też ruch przeciwko życiu, głoszący, że prawo do samobójstwa przysługuje każdemu człowiekowi i nikt nie powinien mu przeciwdziałać — ani państwo, ani Kościół. Paradoksalność postulatu nieprzeciwdziałania samobójstwu polega na tym, że na dobry ład takie przeciwdziałanie nie jest możliwe na drodze innej, niż perswazja czy psychoterapia — żadne zakazy i sankcje nie wchodzą tu przecież w grę.
Nieco makabryczne mogą się jednak wydać porady praktyczne według zasady „zrób to sam”, obejmujące sposoby dokonywania samobójstw. Niewątpliwie autorzy owych poradników dobrze znają psychikę samobójców, dla których, choć to paradoksalne, ważna jest nie tylko forma, ale także reżyseria samobójczej śmierci, wybór miejsca, środka (trucizna, stryczek, podcięcie żył, skok z wieżowca, rzucenie się pod pociąg etc.).
Sam kiedyś usłyszałem z ust matki dwojga małych dzieci zupełnie serio wypowiedziane takie zdanie: „Zastanawiam się, jak najbardziej efektownie popełnić samobójstwo”. Taka enuncjacja to oczywiście zwykła błazenada, ale przy odpowiednio kabotyńskim sztafażu i umiejętnie reżyserowanej dramaturgii, będącej najczęściej kompensacyjną histerią, wymusza zainteresowanie, współczucie dla osoby naznaczonej śmiercią, stojącej przed czarną ścianą. Najczęściej z tektury. Chociaż niekiedy w takim fałszywym teatrze śmierci padają prawdziwe trupy.
Jak błahe czasem powody — przynajmniej gdy patrzymy na niez boku lub z oddalenia — mogą skłonić do targnięcia się na życie, niech zaświadczy próba samobójstwa Baudelaire’a, który w ostatnim dniu czerwca 1845 roku pchnął się nożem. Na szczęście chybił serca. Stało się to wkrótce potem, gdy matka w trosce o materialną przyszłość syna, młodego podówczas dandysa zakochanego w pięknej Mulatce, Jeanne Duval, i lekkomyślnie wydającego pieniądze, zwróciła się do sądu o nadzór prawny nad mieniem pierworodnego. Nadzór ten sąd przyznał 21 września 1844 roku.